
Parbo 1.12.2008
Abracadabra.................
Dotarlem z powrotem do Parbo z Galibi. Krotko i zwiezle. Na polnoc od Galibii przyplywaja trzy gatunki zolwi i na tutejszych plazach skladaja jaja.
Trwa to od stycznia do czerwca. Korzystajac z sezonu ogorkowo-zolwiowego sam wykorzystalem sprzyjajaca sytuacje i wylozylem to co trzeba na dziewicza plaze.
Samo Galibi zamieszkuja wylacznie Karaibscy Indianie. Trudnia sie oni glownie rybolostwem i rabaniem na kase jelopow podobnych do mnie. W sumie sa to dwie
osady zamieszkale przez siedemdziesiat rodzin. Galibi jest polozone nad rzeka Marowijne, ktora jest granica z Gujana Francuska. Bedac w tych okolicach
koniecznym jest udanie sie na drugi brzeg do Saint Laurant, gdzie znajduja sie pozostalosci wiezienia i obozu przejsciowego na Gujane Francuska.
Tutaj dzialal i stad dal dyla slynny Papillon, a nie jak sam kit sprzedal, ze swojej ucieczki dokonal z diabelskiej wyspy.
W drodze do Galibii znajduje sie krolewskie miasto Albina. Polozone ono jest nad wspomniana powyzej rzeka i sluzy jako przejscie graniczne do Gujany Francuskiej.
Szmulki, czy Pelcowizna powojenna, to zwykla ferblowka w porownaniu do tego miasta. Mialem okazje dwukrotnie uraczyc sie tym kuriozum. Na szczescie byl
to kontakt ekspresowy. Aczkolwiek poniekad w drodze do Galibii wyladowalem na komisariacie walczac z przewoznikiem o kase.
Moja przygoda surinamska dobiega prawie do konca. Jutro o trzeciej rano wyruszam do Georgetown. Oczywizda co tam bedzie sie dzialo i co sie nawywija trudno przewidziec.
Ale na pewno bedzie kilka wolt i pelna sruba Auerbacha.
Pozdrawiam,
Dodek
|