Home
Version franćaiseEnglish versionVersión espa–ol
Strona 9 WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZE#379;ONE © GLOBAL VOYAGER

www.glvoyager.com
Strona [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ] [ 7 ] [ 8 ] [ 9 ] [ 10 ] [ 11 ] [ 12 ]
[ 13 ] [ 14 ] [ 15 ] [ 16 ] [ 17 ]

Zobacz Projekt Galerii
DODEK


YACA SACA MACA ............... zamienił stryjek siekierkę na kijek.

RANCHO FRIO 21 kwiecień 2008

Wstaje dosyć wcześnie pomimo braku piania kogutów. Nawet jakby ktoś chciałby tu hodować koguty, to długo by nie popiały. Dookoła naszego obozu rozciąga się prawie dziewicza dżungla. Piszę prawie, bo jest tu kilka tras wytyczonych, aby nie trzeba było się przedzierać. Na pogodę w ciągu ostatnich dni nie mogę narzekać. Tym razem wygląda, że niebo jest prawie bezchmurne więc powinno być dziś w porządku. Taszczę zwłoki nad rzekę i walcząc z kąsającymi rybkami ćwiczę higienę. Jak wracam, to już się jakieś krzątaniny dzieją w kuchni.

Zawieszam hamak pomiędzy dwoma drzewami i legam. Bujając się obserwuję przez lornetkę ptoki, co siedzą na okolicznych drzewach i robią harmider. Ta leniwa forma absorbcji przyrody pozwala na oglądanie większych okazów. Głównie papug robiących najwięcej hałasu. Ale nie o to chodzą. Samo leżenie wśród tych olbrzymich drzew i słuchanie śpiewu dżungli jest i tak dużą rzeczą.
W obozie poza mną jest jeszcze facio z Panamy. Prawdopodobnie botanik dużej klasy. Posiada on pod Panama City 'farmę' hodowlaną rożnych roślin. Dotarł tutaj, aby dodać do swojej kolekcji najstarszą roślinę rosnącą na całej kuli ziemskiej. SAMIE. Początki jej występowania sięgają 250 milionów lat wstecz. Rośnie ona jedynie na terenach tutejszego parku. Miał wykopanych kilka samii i zapakowanych w worku. Gotowych do transportu. Aby nie człapać się w południowym skwarze zdecydował się wyruszyć z rano z obozu w kierunku EL Real.

Czekanie na śniadanie jakoś się przeciąga. Wcale mi to nie przeszkadza. Pozycja horyzontalna w hamaku jak najbardziej mi odpowiada. A tak prawdę mowiąc, to nawet nie za bardzo mi się chce ruszać na jakieś wędrówki. Z błogiego hamakowania wytrąca mnie nawoływanie na śniadanie. Jakiś wariant ryżowy # 225 popijany herbatą z 'lemon gras'. Bardzo mi smakuje ta herbata. Tutejsza niestety nie jest tak aromatyczna jakie popijałem w amazonii. Ale jak to zwykle bywa, jest to sprawa gleby. Moje zapędy do kontynuowania horyzontu zostały storpedowane przez Henrego. Oznajmił mi, że za dziesięć minut wyruszamy. OK, zakładam trepy, biorę aparat i jakąś mizerną litrową butelkę z zawczasu przygotowaną jodynówą. Jestem gotowy do wymarszu, mając w pamięci wczorajszą łazęgę po okolicy.
Tutaj zaskoczył mnie Henry. Powiedział, że tę butelczynę to mogę sobie wsadzić w trepy. Tam gdzie pójdziemy, to nie będzie nigdzie wody. Podmieniłem więc na galonówkę i wyruszyliśmy.

Nawet się go nie pytałem gdzie idziemy. Przecież i tak zobaczę. Od razu zaczęło się ostro. Trasa pięła się dosyć stromo pod górę. Nie miałem swojego dnia. Po godzinie marszu zaczęło mi wirować przed oczyma i nogi nie chciały przebierać. Zarządziłem pięciominutowy postój. Dupsnąłem na ziemię i dyszałem jak zgoniony pies Pluto. W czasie postoju zostałem poinformowany, że idziemy do 'mirador'. Czyli innymi słowy miejsca widokowego. Za jakieś półtorej godziny powinniśmy dotrzeć do pierwszego miejsca. Wógle na to wyzwanie nie zareagowałem. Henry widząc moją mizerną postawę wziął ode mnie galonową butelkę z wodą do niesienia. W głębi duszy byłem mu wdzięczny za ten ruch. Ja spocony jak mysz kościelna, a on prawie suchy. Przecież człowieka szlak może trafić, że jest taka dupa sałata.
W dodatku jak szliśmy, co jakiś czas mi coś pokazywał. A to wiewiórki. Tak, tam są wiewiórki. W południowej ameryce się ich nie uświadczy. A to jakieś ptoki. Nawet wypatrzył 'Spider monkeys', które były ze sto metrów od naszej scieżyny. Nie wiem jak on to robił. Był bardziej ślepy niż ja. Jak się czemuś trzeba było przyjżeć z bliska, to zakładał okulary. Z ciekawszych rzeczy to spotkaliśmy czarne pawie i mnóstwo tukanów. Ale bestselerem był żółty tukan. Pierwszy raz go spotkałem. Poprostu jest cudowny. Nawet udało mi się pstryknąć mu zdjęcie.

Rzeczywiście po około póltorej godzinie z kilkoma 'pięciominutowymi' postojami dotarliśmy do punktu widokowego. Nawet na czworakach warto było się doczołgać do tego miejsca. W małym prześwicie rozciągał się widok na ukrytą wśród dżungli płynącą w dole Rio Pirre. Po drugiej stronie rzeki też znajdowały się góry. Wszystko to utkane koronami drzew, o różnych odcieniach. Trochę to przypominało skudłacone futro baranie. Usiadłem na powalonym pniu. Wdychałem wilgotny wozduch dżungli i upajałem się niecodziennym widokiem. Do tego dochodził concerto grosso w wydaniu całej plejady insektów. Z cykadami na czele. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć cykadę. Wygląd ma mało sympatyczny. Powiedzmy sobie, taka średniej wielkości żabia głowa z dużymi skrzydłami ważki. Jak zacząłem w miarę spokojnie oddychać, to zebralem się i zrobiłem kilka zdjęć. Robię je z coraz wiekszą niechęcią. Jak je poźniej oglądam, to zawsze mam te same odczucie. Kuźwa, tam było o wiele fajniej niż widać na ekranie. Poza tym nie mam zacięcia artystycznego do klikania. Do tego trzeba mieć naprawdę dryg.

Henry widząc, że już poruszam się o własnych siłach, zapowiedział, że do drugiego punktu widokowego mamy tylko 45 minut. Wcale mnie tym nie spłoszył. Byłem już po kryzysie i teraz mogłem maszerować cały dzień. A więc znowu pod górę i do przodu. Nie robiąc specjalnego wysiłku dotarliśmy do drugiego miejsca w pół godziny. Był to po prostu widok na drugą stronę pasma górskiego, którym się człapaliśmy. Mieliśmy trochę mniej szczęścia, bo pojawiły się chmury i widoczność była nie najlepsza. Nie przeszkodziło to w upajaniu się tym ograniczonym widokiem. Po półgodzinnym odpoczynku zarządziliśmy odwrót. Tym razem było z górki na pazurki. Po drodze jeszcze przycupnęliśmy na piętnaście minut w poprzednim miejscu widokowym, aby się dopieścić do końca. I nie śpiesząc się pomaszerowaliśmy w stronę obozu. Jak już niemal wchodziliśmy na naszą 'polanę' dostrzegłem małą roślinkę. Podobna jest wyglądem do polskiej leśnej konwalii. Nazwy nie bede podawał, bo jakby się teściowe zwiedziały, to by zaczęły zięciom podawać w zdwojonych dawkach. Ta niepozornie wyglądająco roślinka ma szeroki zakres działania. Stosowana jest jako znieczulenie przy wybijaniu zębów. Bardzo dobrze działa jako środek nasenny. Dla spragnionych służy jako mocny środek halucynogenny. A w wydaniu eksportowym jako bardzo silna trucizna.

Czujęc zmęczenie po ponad 6-cio godzinnej wyprawie pomyślałem, że dobrze będzie sobie trochę zapaść w głęboką kimę. Więc zerwałem ją i odpowiednią część jej spożyłem. Henry był nawet zaskoczony moją znajomością zagadnienia. Szybkie wyskoczenie z łachów. Mydło, szampon plus przepocone na wskrość koszulki i bryk do mojego kąpieliska. Po powrocie miska ryżu z jakimiś odpadkami kury czekała na mnie. Szybki szamunek. Rozwieszenie hamaka i pomimo wczesnej pory lulu. Koło piątej się obudziłem. Henry z dwoma strażnikami rąbał w domino. Jeszcze było z godzinę do zapadnięcia zmroku. Postanowiłem, że się przejdę i spenetruję scieżkę prowadzącą do wodospadu.

Trochę się zdziwili, że sam chcę ruszać. Ale specjalnie nie oponowali. Zachowałem się jak ćwiara, bo nie wziąłem latarki ze sobą. Powodem była moja senność. Spacer miałem przecudny. Scieżka prowadziła wśród olbrzymich drzew. Nawet w dzień światło tu słabo docierało, a co dopiero o zmroku. Po prostu bajka. Po półgodzininnej wędrówce zarządziłem powrót. Trzeba wiedzieć, że dżungla zmienia swoją muzykę w zależności od pory dnia. Wieczorem jest najbardziej subtelna. Do obozu dotarłem tuż przed zapadnięciem zmroku. Zwinąłem hamak i ułożyłem się na łóżku pod moskitierą do snu. W nocy przez sen czułem jakby coś mnie rabąło po kolanach. Nawet zawieżgałem gicolami. Moja roślinka zaczęła działać z opoźnieniem i nie bardzo świadom co się dzieje spałem jak suseł.

Poprzednia < ••• > Następna