Home
Version franćaiseEnglish versionVersión espa–ol
Strona 8 WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZE#379;ONE © GLOBAL VOYAGER

www.glvoyager.com
Strona [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ] [ 7 ] [ 8 ] [ 9 ] [ 10 ] [ 11 ] [ 12 ]
[ 13 ] [ 14 ] [ 15 ] [ 16 ] [ 17 ]

Zobacz Projekt Galerii
DODEK


YACA SACA MACA ............... zamienił stryjek siekierkę na kijek.

RANCHO FRIO 20 kwiecień 2008

Nad ranem człowiek czuje się tak jak bym był gdzieś na polskiej wsi. Dzień rozpoczyna się rannym pianiem kogutów. Posiadanie zegarka jest więc zupełnie zbyteczne. Po wylaniu kilku wiader wody na głowę byłem gotowy na rozpoczęcie dnia.

Przed hotelem zastałem swojego przewodnika z żoną i nauczycielkę, która lepiej operowała po angielsku niż ja po hiszpańsku. Szybko ustaliliśmy detale jeśli chodzi o koszty z moim przewodnikiem. Podjąłem męską decyzję o wymarszu zaraz po śniadaniu. Po czym zaprosiłem całą trójkę na szamunek. Sniadanie opędziłem jednym avocado skropionym sosem 'picante'. Pozostało mi tylko przepakować moje plecaki, żeby nie taszczyć ze sobą wszystkiego. Uregulowałem rachunek i poszedlem zrobić porządek ze swoimi gratami. aby nie przeciągać wymarszu. Zostawiłem swoją kompanię przy konsumcji, a sam poszedłem do hotelu.

Jak wyszedłem po dwudziestu minutach. Moi byli już po śniadaniu i czekali na mnie. Do zostawienia i przechowania miałem przygotowany mały plecak i zapakowany 'garbage bag'. Tymi dwoma moimi pakunkami zająła się żona przewodnika. Więc wyruszyliśmy w składzie trzyosobowym w kierunku Rancho Frio. Byłem święcie przekonany, Że nasza lady idzie do swojego domu i dlatego chyciła za mój ekstra dobytek. Kiedy mijaliśmy ostatnie chatki zorientowałem się, że do celu idziemy w składzie trzyosobowym. W tym momencie zaproponowalem, żeby niepotrzebne moje toboły ukryć w dżungli. Trochę konsternacji, trochę śmiechu z tego nieporozumienia. Henry, bo tak na imię miał mój przewodnik, ulokował moje rzeczy w jednej z chatek. Następnie wskazuje na horyzoncie góry i wypowiada magiczne słowo........... Rancho Frio.

Pierwsze kilka kilometrów idziemy przez w miarę otwarte tereny. W jednej z ostatnich 'wiosek' zakupujemy żywą kurę, aby nie zdechnąć z głodu. Henry jakoś jej zakłada skrzydła jedno za drugie, aby nie trzepotała i trzymając za nogi taska nasza spiżarnię. Po drodze spotykamy parę młodych ludzi wraz z dwoma przewodnikami, którzy akurat wracają z Rancho. Zatrzymujemy się i ucinamy krótką pogawędkę. Widać, że są podekscytowani i zadowoleni. On Anglik, ona Amerykanka z L.A. Obydwoje mają jakieś tatuaże pająków i węży na ciele. Spędzili cztery dni w obozie i poza pająkami znaleźli tylko dwa węże. Są fanatykami tych stworów. Młodzi, pełni entuzjamu i uśmiechnięci. Miło się robi na duszy patrząc na takich ludzi. Po ponad czterech godzinach marszu docieramy do tablicy. DARIEN NATIONAL PARK. A więc fara mara ........... dotarłem. Robię kilka pamiątkowych zdjęć i za kilkanaście minut docieramy do obozu. W sumie mamy poza sobą ponad 18-cie kilometrów.

Na dość rozległej, powiedzmy sobie polanie, znajduje się kilka zabudowań, co będzie moją bazą na następne dwa dni. Kuchnio - jadalnia, biuro - sypialnia i budynek z sanitariatami tworzą bazę ośrodka. Ośrodek jest usytuowany nad mizerną Rio Perresenico w górach Serro Pirre. Pierwszą rzeczą co czynię, to udaję się na kąpiulę do rzeki. Znajduje głębsze miejsce i staram się ochłodzić rozgrzane ciało. Nie za bardzo mogę się rozkoszować chłodem wody, bo jestem napastowany przez dziesiątki małych rybek. Bestie dosyć boleśnie mnie kąsają, gdzie popadnie. Odświeżony, posilam się ryżem zabarwionym sosem o nieokreślonym smaku. Ale nie o to chodzą. Na wyżerkę tu nie wpadłem. Wkrótce, już tylko z Henrym, idziemy na półtoragodzinny spacer po dżugli. Trasa łatwa i przyjemna. Po powrocie, jakiś szamunek, hamakowanie i zbieranie sił na następny dzień.

Poprzednia < ••• > Następna