Home
Version franćaiseEnglish versionVersión espa–ol
Strona 7 WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZE#379;ONE © GLOBAL VOYAGER
Cwiotki
Bar za kratami
Rosita
Bingo
Młodzież w akcji
Żyć nie umierać
Rozładunek
Moje anioły
Na spacerze
Central
Promenada
W drodze do Garachine

www.glvoyager.com
Strona [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ] [ 7 ] [ 8 ] [ 9 ] [ 10 ] [ 11 ] [ 12 ]
[ 13 ] [ 14 ] [ 15 ] [ 16 ] [ 17 ]

Zobacz Projekt Galerii
DODEK


YACA SACA MACA ............... zamienił stryjek siekierkę na kijek.

GARACHINE

........ Rano wstałem swieży jak skowronek. Grubo przed siódmą. Wstałem ze swojego 'king size' łożka z potrójnym tupnięciem w podłogę i udałem się do łazienki. Łazienka w Imperialu to pełna kultura. Prysznic nawet posiadał sitko. Często tutaj praktykowana forma kąpieli, to rura wystająca ze ściany z podstawioną 200 litrową beczką i wiadrem obok. Zapewnia to ekonomiczne korzystanie z wody. Wchodzi się do prysznica i wylewa wiadro wody na głowę. Następnie mydlenie i następne wiadro. Nawet nie jest to takie najgorsze. Trzeba tylko wiedzieć jak w takim wariancie postepować.BO można dać plamę starając się wejść do beczki. Nawet nie jest to takie straszne. Poprostu wiadro lekko zimnej wody na głowę z rana.

Postanowiłem, że zaniosę wcześniej graty na policję i niech tam wiedzą, że jestem zdecydowany na wyjazd. Da to mi wiekszą gwarancję, że łódka nie odpłynie beze mnie. W zasadzie wszystko z grubsza miałem spakowane, także w niespełna pietnaście minut maszerowałem w pełnym oporządzeniu w kierunku morza. Była to pora odpływu. Morze cofneło się dobre 350 metrów. W dali stała łódka, którą miałem płynąć. Ktoś już w niej siedział. Zamiast na policję poszedłem w kierunku łódki. Z wielkimi problemami na końcowce udało mi się na nią wgramolić. Po prostu nogi grzęzły do połowy łydek w gliniastym dnie. Ale jak się potem okazało, to i tak nie byłem taki najgorszy lebiega. Znaleźli się lepsi ode mnie. W poł godziny od mojego dotarcia łódka była gotowa do odpłynięcia. Zamiast o 10-tej odpłynęliśmy przed ósmą. Nic, po prostu szczęściaż Antoni. Jak dopłynęliśmy do La Palma. Okazało się, że łódka popłynie dalej i to do Kimball po 20-to minutowym postoju. Następny fart. Wysiadłem, aby strzelić kilka klatek w stolicy prowincji i wrzucić coś na ruszt. Po dopłynięciu do Kimball standartowa kontrola policyjna. Jakiś niemota trzymając mój paszport odwrotnie zamutował, że jestem nielegalnie. Trochę mnie tym wpienił i chciałem wziąść mój dokument i pokazać ćwiarze, że wszystko jest OK. I przez moment nastąpiła mala szarpanina i oczywizda atmosfera się zagęściła. Ale szybko dałem sobie siana i wyluzowałem. Jakoś drugiemu przedstawicielowi władzy dało mi się łatwiej wskazać odpowiednią stronę w paszporcie.

Teraz tylko dojechać do Meteti. Tam złapać następny transport do Yavizy i ................. będę stał u wrot 'Darien Gap'. Szczeście w tym dniu postanowiło mnie nie opuszczać. Wlaściciel motorówki miał tu zaparkowanego pick-upa i właśnie jechał do Meteti. No to fru. I tym sposobem przed jedenastą byłem na krzyżówce w Meteti. Czekając na transport do YAVIZY !!!!

Lokale powiedzieli mi, że powinno coś nadjechać za piętnaście minut. Zostawiłem swój tobół na przystanku i poszedłem kupić sobie coś do picia na drogę, Podjechało coś, co trudno nawet opisać. W każdym razie był to pick-up z zamkniętą nadbudówką. Z tyłu były drzwi zamykane na skobel. w środku dwie biegnące wzdłuż ławy. Droga jak gwizdek prosta, aczkolwiek czasami asfaltowa. Po dwóch godzinach dojechaliśmy do jakiegoś czegoś, gdzie było sporo samochodów i jakieś budynki. Tak, to byla Yaviza. Jak tylko zdążyłem wysiąść i położyć swoje graty to miałem już przy sobie dwóch policjantów. Jeden z nich mi nawet do łokcia nie sięgał. Normalka. Marszruta na posterunek. Fajnie musiało to wygladać. Ten okazały szedł obok mnie. trzymając w ręku drewnianą pałkę, która była prawie jego wzrostu. Drugi szedł z boku dwa kroki z tyłu. Problem był tylko jeden, że ten pieprzony komisariat był dosyć daleko położony od miejsca przyjazdu. Na miejscu poinformowano mnie, że mogę tylko pojechać do El Real i nigdzie więcęj. Oczywizda przyznałem im słusznego nie mówiąc gdzie ich i ich polecenia mam.

Wracając do 'portu' zatrzymałem się na rybkę, aby uzupełnić kalorie. Poza tym dochodziła druga i był najwyższy czas na posiłek. Mając stolik przy samym chodniku mogłem spokojnie przyjrzeć się częściowo temu nietypowemu miastu. Nie jest to jednouliczna formacja. Raczej w miarę zorganizowane miasteczko. Z szeregiem wybetonowanych szerokich chodników, które zaczynały swój bieg od 'placu portowego'.

Yaviza położona jest nad Rio Chuchunaque, które przejmuje na siebie obowiązek dalszego rozwożenia ludzi i rzeczy. Po prostu 'Panamerican H-way' kończy się właśnie tu. Godzina była wczesna. Także moje zatrzymywanie się tutaj nie miało zbytniego sensu. Syty, ale spragniony dotarłem do 'portu' z zamiarem dobrnięcia do El Real. Czeski film jak zwykle, nikt nic nie wie. Kiedy i która łódka będzie płynęła do El Real, to nie było wiadomo. Najważniejsze jest to, że już gawiedź wie, że Gringo chce płynąć do El Real. Zostawiam plecak w widocznym miejscu, zawsze ktoś dopilnuje. A sam ruszam na poszukiwanie browaru. Ruszam, tzn przechodzę piętnaście metrów na drugą stronę do sklepu. W spożywczym nie ma. Muszę pójść do baru na rogu. Następne dziesięć metrów.

Problem mam z wejściem, bo wzdłóż leży denat, któremu zabrakło sił na wyczołganie i zapadł w drzemę przed progiem. Przestępując zwłoki wszedłem do obszernego baru. Znajdowało się w nim wielu dżentelmenów, bo nikt nie rzucił butelką w moją stronę. Jak zwykle pierwsze kroki w małym napięciu. Ale jak już docieram do baru, to czuję się swojsko. Trzeba przyznać, że wszędzie gdzie nie byłem, to dbają o klientów. Browar jest schłodzony do odpowiedniej temperatury. Wziąłem piwo i zająłem z góry upatrzoną pozycję przy stoliku. Mając tylko ścianę za plecami. Nie było najgorzej. Szybko moja obecność została zaakceptowana.

Wróciłem cały i bez guza do poprzedniego miejsca mając pełną świadomość, że mam pełne pozwolenie po poruszaniu sie w okolicach placu. W końcu karzą mi wsiadać do jakiejś łódki, co ma płynąć do El Real. Po chwili okazało się, że przypłynęła szybsza łódka i tą będziemy płynąć. Więc przesiadka. Małe piwo. Ruszamy i pędzę Rio Chuchunaque w kierunku Rio Tuira, aby poźniej płynąć pod prąd dotrzeć po godzinie do El Real. Następnie rutyna. Hotel + policja. Tutaj dodatkowo idę do instytucji ANAM, aby otrzymać zgodę na wejście do Parku Darien. ANAM jest rzadową instytucją odpowiedzialną miedzy innymi za ochronę środowiska. Mogę się udać do Rancho Frio. Na ile dni chcę, ale muszę mieć przewodnika. Zanim doszedłem z powrotem do hotelu czekał na mnie przewodnik z żoną i powiedział, że jutro o 7-ej rano wyruszamy. Dobra, niech przyjdzie rano i obadamy. Dzisiaj muszę odsapnąć i się zastanowić. Następnie rutunowa kolacja, czyli pojście do jadłodajni, zajrzenie do wszystkich garów w kuchni i pokazanie co mają nałożyć.

Muszę przyznać, że dzień mnie przeszedł w miarę sprawnie. Poza tym znalazłem się na z góry upatrzonej pozycji. Z regóły moje wojaże wyglądają tak, jak wchodzenie każdego dnia do kompletnie ciemnego pokoju. Tym razem, aby było ciekawiej, to dodatkowo jeszcze ........ z zawiązanymi przepaską oczami. Ale jak na razie wszystko gro i bucy.

Poprzednia < ••• > Następna