![]() |
|
![]() |
|
| WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZE#379;ONE © GLOBAL VOYAGER |
|
![]() www.glvoyager.com |
Strona
[ 1 ]
[ 2 ]
[ 3 ]
[ 4 ]
[ 5 ]
[ 6 ]
[ 7 ]
[ 8 ]
[ 9 ]
[ 10 ]
[ 11 ]
[ 12 ] Zobacz Projekt Galerii YACA SACA MACA ............... zamienił stryjek siekierkę na kijek. |
|||
Policja na całym świecie jest taka sama, czyli beznadzieja do kwadratu.
Przedwczoraj próbowałem dopłynąć do Boca de Coupe w górę Tuiry. Dwa posterunki zrobiłem w konia.
Niestety na trzecim w Boca de Union, niecałe półtorej godziny od celu, zostałem deportowany - FARA MARA.
Tak mnie wpienili, że opuściłem obrażony prowincję Darien. Zobaczyłem i tak dużo więcej niż się spodziewałem. Od piątej rano jestem znowu w stolicy Panamy. Trochę wytrącam tempo, bo co to będzie jak wrócę i będę w takiej szpuli. Robota w rękach się będzie palić
a zaś to tak nie przystoi. Pozwoli mi to rownież wnieść trochę ładu do moich poszarpanych opisów.
A więc wracam do SAMBU leżącego nad rzeką o tej samej nazwie ......... A propos trzonowych. W tym momencie trochę odbiegnę od tematu podroży, ale nie mogę się powstrzymać o napisaniu kilku słów o ULI. Ula, przedwojenny reprezentant Polski w piłce siatkowej, dziecko prawobrzeżnej Warszawy. Największe kiziory Pelcowizny, Szmulek, Targówka czy też okolic bazaru Rożyckiego inaczej nie mowiły jak ...... Panie ULA, chyląc przy tym pokiereszowane facjaty. Ula posiadał tylko jedną trojkę prawą górną. Wiadomo było, że jak Uli się wspomniało, że mógłby znaleść pracę w MZK i robić za kasownika w komunikacji miejskiej. to Ula tracił swoją pogodę ducha i następowała nieprzerwana seria bluzgu. Jedyne co pozwalało przerwać tyradę bluzgów to było szybkie skoczenie do spożywczego po Alpage. Wtedy Ula zamilkał. Pojawiał się na jego licu szeroki uśmiech i wzdychając wypowiadał ...... no właśnie. To była rutyna. Bestselerem dla mnie jest, jak kiedyś zapytalem się Uli czego Ty nie pijesz? Bez namysłu powiedział ......... WODY, BO JEST ZDEKONTAMIZOWANA. Była to figura dużego kalibru ........ wykreowany przez Piwowskiego Janek Himilsbach był przy ULI małym ptysiem. W sobotę rano normalna rutyna. Kąpióla, śniadanie, zebranie gratów i przemarsz około 100 metrów do miejsca embarkacji. Pojawianie się ludzi z pakunkami świadczyło, że jakaś łódka będzie. Ale niestety, ani widu ani słychu. Czasu nie marnowałem oczekując. Zszywałem jakieś poszarpane koszulki czy gacie. Na moje szczęście pojawił się szef od internetu, Chico. Zaproponował, abyśmy poszli do wlaściciela jedynej łódki co pływa do La Palma i z nim pogadali. Czemu nie. Choco był człowiekiem, który miał decydować o moim losie. Niestety nie miał wystarczająco dużo pasażerów i na razie nie płynie. Jak bym chciał sam poplynąć to kosztowało by mnie dwie paczki versus piętnaście baksów. Pytanie kiedy będzie płynął nie miało najmniejszego sensu. Sytuacja podobna jak w ruskim CUM-ie. Wchodzi facet i pyta się na którym piętrze sprzedają 'sapożki'. Na szóstym mówi portier. Facio wychodzi na środek i ryczy. 'Sapożki nachoditsja'. U góry przez balustradę wychyla się ekspedientka i krzyczy 'niet' i 'nie budiet'. Zaniosłem więc swoje toboły do hotelu. Zaraz po wyjściu natknąłem się na pic-up. Rutynowo jedzie do Coloni, ale za kilka baksów może mnie zawieść do Bayaman i zabrać mnie z powrotem o umówionej godzinie. Coż mi więcej do szczęścia potrzebne. Dosiadam się na skrzynię i po kilkunastu kilometrach ląduję w przecudnej mieścinie zamieszkałej przez Embera w górnym biegu Rio Sabalo. Umówiliśmy się, że za dwie godziny, czyli o dwunastej przyjedzie po mnie. Tutaj jeszcze 'cywilizacja' nie poczyniła dużych spustoszeń. Trochę żałowałem, że tak mało czasu sobie dałem na pobyt w Bayaman. Widząc nadjeżdzający samochód. Za dwadzieścia minut byliśmy w Sambu, przy punkcie embarkacyjnym. Jacy ludzie się kręcą!!!!. Ktoś zakłada śrubę do silnika motorówki. Coś się dzieje. Będą płynąć do Garachine. Stamtąd ma być jutro połączenie do La Palma. Problem tylko, czy mnie wezmą. Jakoś w końcu udaje mi się uzyskać zgodę na dołączenie. Biegiem do hotelu po toboły i za trzy minuty byłem już na łódce. Muszę wspomnieć, że zarówno poziom jak i kierunek prądu na rzekach wpadających do Pacyfiku bardzo się zmienia. Zależy od przypływów i odpływów. W tym momencie poziom rzeki był wysoki. Rzeka płynęła w stronę morza. Było nas chyba sześć osób w łódce. Facio jak dał szpulę, to pogonie z James Bondem to pecha. Poza tym widać było, że wie co robi.
Lekko płynęliśmy 90 km/h kretą Rio Sambu. I tym sposobem w nie całą godzinę byłem w nowym miejscu.
Miejscu, którego nie miałem w swoim harmonogramie. Ale to lepiej dla mnie. Dobiliśmy do brzegu przy posterunku policji.
Jednym z policjantów był mi znany człek, który mnie odprawiał w Kimball, jak płynąłem do La Palma.
Jak mnie zobaczył to przybiegł się przywitać. W tym momencie wyszło szydło z worka.
Jechałem specjalną pościgową łodzią z grupą antynarkotykową. Samo zycie. Garachine,małe miasteczko rybackie i jednocześnie okno na świat dla okolicznych mieszkańców. Promenada nadmorska o długości około 500 metrów. Zakończona na obu końcach prostopadłymi ulicami wyznaczającymi gabaryty miasta. Całe życie miasta skupia się właściwie przy jednym z końców promenady. Siedzą tam dziesiątki ludzi i wpatrując się w morze obserwując charlawy tranzyt ludzi i rożnego rodzaju dobytku. Zostawiłem swój plecak przed policją i poszedłem się zakwaterować i coś zjeść. Z miejscem w jedynym Imperial Palace w tej metropolii nie bylo problemu. Cztery domy dalej, poszedłem coś przekąsić. Lili, wlaścicielka i jednocześnie kucharka w jednej osobie przygotowywała rybę. A ja przy niej jakąś sałatkę cebulowo-czosnkową. Wspólnymi siłami spłodziliśmy nawet znośny posiłek. Pokraszony sosem 'picante'. Brakowało tylko zmrożonego browaru do kompletu. Idąc po swój plecak na posterunek skrzywiłem do baru, aby uraczyć się zimnym Atlasem. W środku, poza głośną muzyką, trzema corami Koryntu i jakimś byczobolo siedziącym w głębi, panował półmrok. Sytuacja wyglądała na normalną. Zamowiłem więc browar i oparty o bar delektowałem się napojem, Jednocześnie prowadząc kurtuazyjną pogawedkę z tamtejszymi divami. Ni z gruchy, ni z pietruchy byczobolo odtrącił stolik, za którym siedział. I ruszył z jakimś rykiem w moim kierunku. Nie spodziewałem się po jego zachowaniu, że chce mi się rzucić na szyję i ucałować. Wyglądało, że idzie na zadymę. Jedyną moją szansą było tylko to, że pędzący w moim kierunku czarnoskóry kolos nie zna fizyki. I prawa Newtona są mu obce. Suma sumarum całą swoją energię zużył na przelecenie i wylądowanie za barem. Potrzebował potem trochę czasu na autoreanimację. To pozwoliło mi spokojnie dopić piwo i opuścić lokal.Jak doszedłem na policję, aby podebrać swój plecak, spotkała mnie nieoczekiwana owacja. Mimo, ze miałem do przejścia tylko 300 metrów już wiedzieli dokładnie o wydarzeniu. Okazało się, że wkroczyłem na teren Alexandro, bo tak miał na imię mój byczybolo i nie wykazałem należytego mu respektu. Wracając do hotelu z plecakiem musiałem przejść obok nieszczęsnego baru. W drzwiach ukazały się tylko dziewuchy. Wobec czego zrobiłem im pamiątkowe zdjęcie i ruszyłem dalej. Resztę dnia spędziłem włócząc się po Garachine robiąc zdjęcia okolicy i przygodnych mieszkańców. W sumie miasteczko klawe i spokojne. Moja motorówka miała odpływać o dziesiątej rano następnego dnia. Klucząc po uliczkach wypatrzyłem drugi bar. Czas był właściwy na przyjęcie do organizmu drugiego Atlasa. Po wejściu do środka nie wierzyłem własnym oczom. Barman oddzielony od klientów na całej długości metalową, finezyjnie wygietą kratą. W telewizorze leciała transmisja z ligi angielskiej między Manchester i kimś tam. Na słupie wywieszka informująca o nie udzielaniu kredytu. Tu nie panował półmrok. Był tu po prostu ćmok. Za barem siedziało kilka osób.Mimo, że mógłbym napisać małe vademecum o barach Europy i Centralnej Ameryki. Ale baru w takim wydaniu jeszcze nie spotkałem. Nie pozostało mi nic innego jak usiaść ..... i wypić trzy piwa. Korzystając z okazji zrobiłem kilka zdjęć. Ciekawy jestem czy będzie coś widać przy tak agresywnym wystroju. Atmosfera była nawet przyjacielska. Nie pozosto mi nic innego jak wrócić do hotelu. Pójść do lazienki i tupnąć trzy razy w podlogę, aby właściciel włączył pompę. I tym prostym sposobem mogłem się wykąpać i udać się na zasłużony odpoczynek.
Poprzednia
< ••• > Następna
| ||||