![]() |
|
![]() |
|
| WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZE#379;ONE © GLOBAL VOYAGER |
|
Nasze drogi się rochodzą
Widok z mostu Puerto Indiano
Tam ludzie też umierają
Pokój do spania na 2 osoby
Wejście główne
Hotel Wisiory
Witamy
Droga do dżungli
Po kokosy
Dzieci
Dom Embero
![]() www.glvoyager.com |
Strona
[ 1 ]
[ 2 ]
[ 3 ]
[ 4 ]
[ 5 ]
[ 6 ]
[ 7 ]
[ 8 ]
[ 9 ]
[ 10 ]
[ 11 ]
[ 12 ] Zobacz Projekt Galerii YACA SACA MACA ............... zamienił stryjek siekierkę na kijek. |
|||
Poszedłem po wino i ......................... wcale nie dałem w szyję. Tylko internet zamknęli i nie mogłem pisać. Wino swoją drogą nabyłem i było przednie. Zrobione z owoców "borojo". Ale wracając na szlak ............... Następnego dnia był 13-ty. Szkoda, że nie piątek. Ponoć trzynastego ........... wszystkie drogi są proste. Niestety nie dla mnie. Postanowiłem się udać do miejscowości leżącej około 2.5 godziny marszu w górę rzeki od Sambu. Nazwa interesująca. LIMON. Przez pierwsze cztery kilometry szedłem w grupie z tutejszymi. Oczywizda było pełno śmiechu z Gringo i prawie ze wszystkiego. Następnie nasze drogi się rozeszły. Nawet sobie nieźle radziłem. Tylko dwa razy musiałem zawracać. Jednak po dwóch godzinach maszerowania przez cudowną dżunglę zacząłem się zastanawiać nad powrotem. Powód był prosty. Pozostało mi nie za dużo wody, a jeszcze jak daleko było do Limon niestety nie wiedziałem. Nie wiedziałem też, czy jestem no właściwej drodze. Chyba małpy pochowały mi na złość drogowskazy. Dżungla jest tutaj naprawdę za.....bista i piękna. Dumny ze swojego rozsądku, śpiewając .......... góralu czy ci nie żal .............. nakazałem powrót. Tutaj muszę się pochwalić, że szedłem jak po sznurku. Ani razu nie miałem problemów z wyszukiwaniem właściwej scieżki. Wszystko grało piknie, dopóki nie doszedłem do miejsca, gdzie przed kilkoma godzinami rozstałem się z tutejszymi. Było stosunkowo wcześnie. Oni poszli całą grupą w stronę rzeki, to czemu nie mam ja w tym kierunku się udać. Jak skrzywiłem to zaczęła się zawierucha. Jakoś się rozkojarzyłem, bo scieżka przez dżunglę wydawała mi się czytelna. Po godzinie doszedłem do jakiejś chaty, ale niestety nikogo nie było. Zaczęła się "La Cucaracha". Nie będę opisywał tego, bo by było w sumie kilka godzin. Jeszcze nigdy sobie tylu jobów nie wsadziłem ........... co tego dnia.
Muszę przyznać, że teraz chyba znam te tereny lepiej od lokalnych. W końcu dobrnąłem nad Rio Sambu.
Mimo trzynastego miałem ze sobą jodynę. Po jakiś dwóch kilometrach coś mnie tknęło, czy zabrałem jodynę. Oczywizda dupa sałata ................ jodyna została na brzegu. No i czto ......... nada nazad. Bez jodyny w dżungli, to podobnie jak z tą wdową .............. co siedziała w autobusie na miejscu dla inwalidów. Jak tylko zawróciłem to zacząłem napotykać ludzi. Trochę się dziwili, dlaczego akurat o tej porze idę w przeciwnym kierunku. Jodyna leżała i czekała na mnie. Po dobrnięciu z powrotem na ścieżkę zaczęła się ulewa. Rąbało równo. To też ma swoje zalety. Miałem uprane moje stargane spodnie.
Mogłem spijać wodę z moich długich włosów, które miałem w kącikach ust. Jodynuwa się zachowała.
Czyli dobrze jest mieć czasami coś długiego.
Poprzednia
< ••• > Następna
| ||||