![]() |
|
![]() |
|
| WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZE#379;ONE © GLOBAL VOYAGER |
|
![]() www.glvoyager.com |
Strona
[ 1 ]
[ 2 ]
[ 3 ]
[ 4 ]
[ 5 ]
[ 6 ]
[ 7 ]
[ 8 ]
[ 9 ]
[ 10 ]
[ 11 ]
[ 12 ] Zobacz Projekt Galerii YACA SACA MACA ............... zamienił stryjek siekierkę na kijek. |
|||
Minęło już trochę czasu od mojej eskapady do Panamy, a konkretnie do prowincji Darien. Pomimo upływu czasu ciągle coś we mnie buzuje i nie pozwala
zapomnieć o tych wydarzeniach. Mimo liźnięcia tematu powierzchownie z kilkoma małymi wyjątkami. Mam na myśli moje wypady w okolice Rio Sambu, El Real,
Rancho Frio, no i oczywizda lekkiej penetracji Rio Tuira w kierunku granicy z Kolumbią. Codziennie mam ssawę niedosytu tego regionu. Zaczynam się obawiać,
aby nie stało się to obsesyjne. Nie mogę sobie odpowiedzieć na zadane pytanie Đ Co jest takiego przyciągającego w tej nietypowej prowincji.
Z jednej strony złudnie spokojnej i sprawiającej wrażenie bezpiecznej krainy, poprzecinanej szeregiem rzek i pokrytej przecudną dżunglą. A z drugiej
strony miejsce wielu akcji. Przemytu narkotyków i broni. Dzialalności FARC, AUC czy też pospolitych bandytów. Nie wiem. Ale to jest nie tylko mój problem.
Z tym problemem boryka się wiele osób co wetknęło nosa w te tereny i poczuło to COS. W zasadzie miał to być wyjazd typicznie przygodowy z małym aspektem wyrobienia sobie opinii na temat wędrówki ludów. A właściwie przekonania się, czy wątpliwości wielkich ludzi i podróżników jakim był między innymi Thor Heyerdahl na ten temat były uzasadnione. Moja decyzja wyjazdu do najbardziej wysuniętej na wschód prowincji Panamy nie była dziełem przypadku. Była jakby uwieńczeniem ponad dwudziestoletniej przygody z Ameryką Centralną i Południową. Nigdy nie spodziewał bym się, że niewinne wypady wieki temu do Meksyku, Gwatemali i Belize staną się przyczynkiem moich zaiteresowań kulturami i historią tej części świata. Głównie stykałem się w owym czasie z kulturą Majów, ocierając się o Azteków, Tolteków, Opata, czy też Olteków. Po kilku latach zaiteresowanie tymi kulturami zaczęło zanikacć w sposób naturalny. Nadszedł okres nurkowań, wypraw jachtowych, jak również zafascynowanie Kostaryką. Wymsknął się jakiś niezapomniany Madagaskar. Nic nie zapowiadało wielkiej przygody z Ameryką Południową, a konkretnie z kulturami Wari, Tiwanaku, Chapapoya i Mochi. Takie tematy nie mąciły mojego życia. Decydując się na wyjazd do amazońskiej dżungli nie przypyszczałem, że nagle historia rzuci mnie na kolana i zafascynuje. Mnie, który miał i ma problemy z zapamiętaniem dokładnej daty bitwy pod Grunwaldem. Ja i historia, ÉÉÉÉ to była do niedawna czysta abstrakcja. W tym momencie na pewno stają dęba włosy na czaszce śp. Ciotce Pilichowej, mojej nauczycielce od historii, na wieść o moich zainteresowaniach. Trzy lata wstecz, w trakcie wyprawy do narodowego parku Pacaya Đ Samiria położonego na wschód od rzeki komarów, czyli Rio Ucayali w Peru, zahaczyłem o Trujilio i Kualep. Po zwiedzeniu Kualepu jakby coś zaiskrzyło i nastąpiła eksplozja. Nastapiła seria najazdów na Peru i Boliwię z Ekwadorem w ostatniej edycji. Dodawałem do swoich poprzednich doświadczeń jakieś nowe elementy kulturowe tej części świata. Zresztą trudno było tego nie robić, szczególnie kiedy się przemierza Peru. Jedynym miejscem, którego unikałem i będę starał się unikać jest sztandarowe Macchu Pichu. Turystyczna propaganda Peru. Oczywizda moje wyjazdy w dalszym ciągu były ukierunkowane głównie na łykanie piękna natury w wydaniu Andów czy dżungli południowo amerykańskiej, zwanej potocznie Amazonia. Dużym uzupełnieniem na teorie wędrówki ludów w moim wydaniu, był wyjazd do Syrii i Jordanii, a także krótki wypad do Salwadoru. Szczególnie wizyta w muzeum archeologicznym w Ammanie pozwoliła mi poukładać w miarę ukształtowany format wiele puzli, jakie zostały zakonotowane przez moje szare. Podczas wizyty w Petrze miaŁem przyjemność rozmowy z byłym szefem od wykopalisk na tych terenach. Pamiętam, że stojąc w pobliżu tamtejszego amfiteatru powiedział z pewną nutką dezaprobaty Đ Gdyby pozwolono pokopać kilka metrów głębiej, to napewno byśmy się przesuneli o kilka tysięcy lat wcześniej. Była to dla mnie wtedy nic nie znacząca płaska wypowiedź. Dopiero zrozumiałem jej znaczący sens w czasie ostatnich odwiedzin Tiwanaku w grudniu 2007 roku. Wlaśnie tutaj w przeciągu roku mojej niebytności prace wykopaliskowe pozwoliły na cofnięcie się w histori w czasie o 6 do 8 tysięcy lat wstecz. Szczególnie prace przeprowadzane przy świątyni PUMAPUNKU były dla mnie dużym zaskoczeniem. Głównie chodzi mi o rozmiar i rozmach z jakim są dokonywane. Trzeba pamiętać, że główna uwaga archeologów skupiała się dotąd na Bliskim Wschodzie z Egiptem na czele. Kilka lat wstecz prace archeologiczne w Ameryce Południowej należały do rzadkości. I tak między kulturami Ameryki Południowej i Centralnej ulokowana jest DARIEN GAP. Miejsce jeszcze porośnięte nieprzebytą dżunglą. Trochę musze się cofnąć w czasie, aby nawiązać do pewnych teorii związanych z wędrówką ludów. Kilkaset milionów lat wstecz, na przełomie Permu i Triasu w palozoiku, Pangea rozdzieliła się na Gondwanę i Laurazję. W tym momencie dinozaury nie mogły już chodzić na spacery z Gibraltaru do Nowego Yorku. Czas płynął, jak rownież płynęły lądy. Jakieś pięć milionów lat temu szympasica Czimurumba wpadła na pomysł i się częściowo zdepilowała. Na ten widok co niektórym szympansom z wrażenia wypadła sierść. Tak zmodyfikowane okazy zaczęły robić Bara Bara. Nowe modele, nie dość że różniły się znacząco owłosieniem, zaczęły próby przemieszczania się na trzech, a potem na dwóch łapach. Ponoć miało to miejsce na terenach obecnej Afryki. Trwało to do około 100 tysięcy lat wstecz, do momentu jak nauczyły się dobrze chodzić. Wówczas towarzystwo ruszyło w świat. Część powędrowała na północ, ale zdecydowana większość ruszyła na wschód. Idąc pod słońce mrużyli oczy i tak co niektórym pokoleniom to po dzień dzisiejszy pozostało. Część z nich poblądziła i skrzywiła w kierunku obecnej Australii. Ci najtrwalsi i nieustraszeni ruszyli w kierunku cieśniny Beringa. Mróz minus czterdzieści stopni, śnieg do pasa, a oni żytem. I tak dzielnie maszerowali, aż doszli do DARIEN GAP. W tym momencie zaczynają się schody i powstają pierwsze małe znaki zapytania. Mądre głowy siedzące za biurkami i w ciepłych wsowkach kompletnie zignorowały ten powiedzmy 200 kilometrowy odcinek dziewiczej dżungli na przesmyku Panamskim. I bez problemów przeprowadzili tędy hordy na tereny obecnej Ameryki Południowej. Przypomina mi to pewną analogię do kawału o Bogu. Ksiądz na lekcji religii mowiąc o Bogu użył określenia, że Pan Bóg jest wszędzie. Na co mały Jasio się zapytał,
czy u Zbyszka na strychu też jest. Oczywizda zapewnił Jasia katecheta. A takiego wała, powiedzial Jasio. Zyszek nie ma strychu. Abstrachując od tego wszystkiego okolice Darien jest to coś, czego jeszcze dotychczas nie spotkałem. Zostałem tym zauroczony po dach i nie widzę jak dotąd podobnego miejsca na świecie. Pommimo wszystko nadal pozostaję wierny urokom Andów, a w szczegolności kanionowi Cotahuasi.
Poprzednia
< •••
| ||||