Home
Version franćaiseEnglish versionVersión espa–ol
Strona 14 WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZE#379;ONE © GLOBAL VOYAGER

www.glvoyager.com
Strona [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ] [ 7 ] [ 8 ] [ 9 ] [ 10 ] [ 11 ] [ 12 ]
[ 13 ] [ 14 ] [ 15 ] [ 16 ] [ 17 ]

Zobacz Projekt Galerii
DODEK


YACA SACA MACA ............... zamienił stryjek siekierkę na kijek.

BOCAS DEL TERO 26 kwiecień 2008

Można powiedzieć, że rano, bo było gdzieś koło piątej, jak mnie zbudził jakiś rajwoch w autobusie. Na zewnątrz panowała jeszcze kompletna ciemność. Białe twarze zbierały się do wysiadania. Jakiś lokal potwierdził mi, że trza wysiadać jeśli jadę do Bocas. Trochę przyśnięty wysiadłem. Jacyś ludzie ładowali plecaki na skrzynię pick-upa. Ruch się zrobił jak na Marszałkowskiej. W zasadzie teraz, to mi było obojętne gdzie wyląduję. Kali być w Darien i Kali widzieć. Reszta to dodatek do tortu.

Ktoś mi potwierdził, że też jedzie do Bocas. Teraz jesteśmy w Almirante i musimy się dostać do przystani taksówką. A stamtąd popłyniemy motorówką do Bocas. Przyjąłem jakąś bierną postawę i podążałem za 'tłumem'. W tłumie siła. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na przystani. Nawet zrobiło się tłoczno. Dojechało w sumie około piętnastu osób. Z gadu gadu wynikło, że musimy poczekać na obsługę. A ile ......... oczywizda tego nikt nie wie. Nie pozostało nic innego jak walnąć się w poziomie na dechy i pokimać. Gdzieś po trzech kwadransach zaczęła się sytuacja klarować. Przyszedł kasjer. Pobrał diengi i kazał wsiadać do motorówki. Po czterdziestu minutach dobijaliśmy do przystani ......... w Bocas na wyspie Colon. Dobijaliśmy do mojego miejsca pobytu na ostatnie kilka dni w Panamie, w tej edycji.

Bocas del Toro jest archipelagiem kilku wysp położonych okolo 30 kilometrów na południe od granicy z Kostaryką po stronie morza Karaibskiego. Pełni w pewnym sensie bazę balangowo-wypoczynkową dla 'backpakersów' przemieszczających się z południa na północ i odwrotnie. Oczywizda jest i też sporo miejsca dla zwykłych turystów. Nawet, aby pomóc co niektórym w rozterce co robić ze szmalem. Wybudowano dosyć duży ośrodek na 300+ pokoi kilka kilometrów na północ od centrum.

Bocas jest typowym miastem 'jednej' ulicy. Wszystko co najważniejsze mieści się właśnie przy głównej. Włącznie z miejscowym parkiem. Życie toczy sie jak na zwolnionym filmie i w dodatku z uśmiechem. Pierwsze kroki, to znalezienie lokum. Nie ma potrzeby meldowania sie na policji. Czyli sprawa rutynowa i trywialna. Resztę dnia spędzam na rozeznaniu terenu i wałęsaniu. Musi być dziwna pora roku, bo dziewczyn naznosiło tu tony. Wieczorem młodzież rozpoczyna akcję. Czyli palenie jakiejś podłej trawy. Czasami podsypanej jakimiś dodatkami. Czuć od razu, że to tandeta. Chociaż na chińską podróbę nie wygląda. Do tego browary mieszane z wódką i rumem. Pełen opór. Ale mimo wszystko jest wesoło i sympatycznie.

Lata temu Cahuita, a potem Puerto Viejo, leżące zaraz za granicą w Kostaryce, szczyciły się uznaniem podróżującej młodzieży. To były piękne dni ......... Nie trzeba było nawet palić 'jointów'. Wystarczyło przejść się wieczorem ulicą, aby sie zinhalować wspaniale pachnącym aromatycznym 'Jamaica stuff', czy też 'Golden Colombia'. Całe powietrze było nasycone tym miłym zapachem. Nie wspomnę co się działo jak się weszło do baru, czy też jedynej w tym czasie dyskoteki. WOOOWWW !!!
Chodziło się na bosaka po piaszczystych ulicach. Chodniki nikomu nie były w głowie. Niestety tak to było i to se nie wrati. Boom turystyczny sprawił, że Kostaryka stała się stosunkowo droga. A 'cywilizacja' dołożyła swoje pięć groszy. I te urokliwe miejsca przeksztalciły się w kurorciki. I tym o to prostym sposobem zostało wykreowane Bocas. Ale tu też już niedługo grozi zagłada.

Następnego dnia rano postanawiam wybrać się na Isla Bastimentos. Chełpiąca się posiadaniem wspaniałych plaż. Począwszy od Wizard Beach ciągnie się tu cały łańcuszek plaż, gdzie większość z nich jest prawie bezludna. Trzeba być ostrożnym z kąpielą, bo wystepują tu dosyć silne prądy odpływowe. Wyruszam w towarzystwie trzech miłych dziewczyn. Szwajcarki, taska ze sobą deskę. W nadziei, że znajdzie dogodne fale do surfowania. Piegowatej i przemiłej Dunki i bardzo ładnej filigranowej dziewczyny nie znanego mi wyznania.

Po dziesięciu minutach płynięcia łódką dobijamy do pomostu w Old Bank. I spokojnie ruszamy w kierunku plaży Wizard. Po drodze zatrzymuję się w miejscu noszącym szumną nazwę 'The Dutch Pirate'. Oferującym usługi nurkowe. Po kilku minutach jestem umówiony na nurkowanie następnego dnia rano. Z czego się nawet ucieszyłem. Idąc w miarę szybkim krokiem starałem się dogonić dziewuchy. Dotarłem w końcu do plaży, a dziwuch niet. Pokrążyłem trochę po okolicy, ale dziewuchy zrobiły za kamforę. Nie mając zamiaru rozpłaszczać się na piachu, włączyłem dwójkę terenową i posznurowałem wzdłuż brzegu. I rzeczywiście mijałem kilometry wspaniałych plaż.

Za cel mojej wędrówki wyznaczyłem sobie odległy cypel. Po dotarciu tam spotkałem kilkunastoosobową grupę ludzi z mojego hostelu. Przypłynęli tu rano wynajętą łódką. Po ich odpłynięciu zostałem sam na przecudnej złoto-piaszczystej plaży. Ulokowałem swoje zwłoki w bajecznie ciepłej wodzie i udawałem że pływam. Upojony widokami i kąpielą nakazałem odwrót. Po powrocie do hostelu spotkałem 'moje' dziewuchy. Okazało się, że wybrały niewłaściwą scieżkę i wpuściły się w maliny i zabłądziły.
Wyspy te porośnięnte są dżunglą i nie ma żartów. Bardzo łatwo można zabłądzić, chyba że jest się takim asem jak ja.

Następnego dnia skoro świt zebrałem się z zamiarem popłynięcia na Bastimentos i pobuszowania pod wodą. Niestety niebo zaciagnęło się chmurami i nie było sensu jechać na nurkowanie. Wróciłem do hostelu. Cisnąłem plecak na łóżko i postanowiłem rowerem pojechać na koniec wyspy. Rower jaki miałem do dyspozycji nadawał się bardziej do muzeum niż do jazdy. Nie zamierzałem jednak brać udziału w żadnych wyścigach. Więc dosiadłem tego wielopeda i zdecydowałem się spędzić dzień na pedałowaniu. Wyruszyłem w stronę odległej o piętnaście kilometrów plaży 'Boca del Drago'.

Bardzo byłem zadowolony ze swojej decyzji. Droga przez większość trasy przebiegała przez dżunglę. W dodatku teren był bardzo zróżnicowany i pofałdowany. Momentami musiałem zsiadać z roweru i iść pieszkom prowadząc mój pojazd obok siebie. Aby za moment dosiadać rumaka i krętą szosą pędzić w dół przed siebie. Nie zliczę ile zdrowasiek namamrotałem zbliżając się do ostrych zakrętów, których tu było wiele. I mając nadzieję. że nic z przeciwka nie nadjedzie jechalem pełna szpulą. Inaczej musiałbym ewakuować się w pędzie do otaczającej drogę dżungli, bo droga była wąska i trochę dziurawa. Mimo wszystko była to duża frajda tak śmigać pomiędzy niebotycznymi drzewami i zwisającymi z nich lianami.

Po ośmiu kilometrach jazdy dotarłem do La Gruta. Jak sama nazwa wskazuje jest to grota, gdzie gnieżdżą się tysiące nietoperzy. Niestety nie mogłem zapuścić się za daleko w ciemną czeluścię. Poza tym trzeba by było brnąć po pas w wodzie, aby dotrzeć do większych skupisk nietoperzy. Co mi się nie uśmiechało. Zadowoliłem się widokiem kilkudziesięciu nietoperzy uczepionych nad moją głową niedaleko od wejścia. W strumyku, który się sączył z groty napotkałem małego węgorza i jakąś szkaradną rybkę. Miła niespodzianka.

Jeszcze wiekszą niespodzianką było spotkanie tu grupy Holendrów. Byli oni maniakami różnych płazów i gadów. Biegali po okolicznych krzakach i zaroślach łapiąc do plastykowych pojemników różnego rodzaju cudactwa. Aby później im się przyjrzeć i sfotografować co ciekawsze okazy. Bardzo sympatyczni ludzie. Na koniec uraczyli mnie ponad półtoragodzinną pogadanką na temat ŻAB. Nigdy bym nie przypuszczał, że może to być tak ciekawy i interesujący temat.
Wniosek prosty ........ podróże kształcą.

Następnie dopadłem moich dwóch pedałów i udałem się w kierunku Boca del Drago. Kilka podejść. Kilka szalonych i karkołomnych zjazdów. Dotarłem na miejsce. Przepiękna ponad półtorakilometrowa złoto-piaszczysta plaża, ciągnąca się wzdłuż zacisznej zatoki. Jak przystało na wytrawnego wczasowicza. Wszedłem do morza po ....... i zacząłem brodzić. Czułem się jak ten krasnoludek co biega po nieskoszonej trawie. Morza szum, ptaków śpiew, złota plaża posród drzew ............ sza, la, la , la. A jak, pełne 'Czerwone Gitary'. Rozkosz uzupełniłem kąpiólą i nakazalem odwrót. Jakoś powoli mi się jechało w drodze powrotnej. Raczej bardziej do tyłu niż do przodu. Swiadomość, że ta przecudna przejażdżka ma sie ku końcowi powodowała, że nie za mocno naciskałem pedały. W końcu końców dotarłem bardzo zadowolony do hostelu.

Ostani wieczór w Bocas postanowiłem uczcić dobrą kolacją. W tym celu udałem się do El Pecado. Restauracji znajdującej się przy głównym bulwarze. Na przystawkę rzucili jakieś marynowane jarzyny. Na mokro poleciałem kremem z langusty. Na samą myśl o głównym daniu ślina ścieka mi kącikami ust jak wściekłemu bulkotowi. Po prostu Mai-Mai w sosie kokosowo-gujawowym. Aby sobie rybka nie pomyślała, że ją wieprzek wpierdziela, była przepłukiwana zacnym Chablis. Na tym nie mogłem poprzestać. Aby zakończyć orgię z fasonem, zamówiłem kawę i tort orzechowo - kawowy. Nie pamiętam kiedy ostatni raz jadłem tak smaczne potrawy. Niebo w gębie z dziurą w kasie.

Następnego dnia srana niebo nie było zachmurzone. Gdzie nie gdzie tylko przewijały się chmurki. Szybko więc się zwinąłem i popłynąłem łódką na Bastimento z zamiarem ponurkowania. Nie był to jednak mój dzień. Po przybyciu do 'The Dutch Pirate' okazało się, że szef dopłynie koło dziesiątej z Colon i trza na niego poczekać ponad godzinę. Czas oczekiwania skracałem pogawędką z młodym amerykaninem, który tu dorabiał i oswajaniem ujadającego wilczura uwiązanego na solidnym łańcuchu. W międzyczasie dobiła para młodych Holendrów, także mieliśmy w trójkę popłynąć na nurkowanie plus 'master diver'.
Po przypłynięciu szefa akcja nabrała tempa. Po dobraniu sprzętu i załadowaniu na motorówkę popłynęliśmy do odległego o jakiś kilometr miejsca nurkowania. Miało ono swoją ksywkę 'Hospital Point'. Po prostu na pobliskim brzegu w czasie panującej tu epidemii zółtej febry, lata temu, wybudowano szpital. W zasadzie byłem gotowy, aby zejść do wody. Jeszcze tylko chciałem trochę poprawić pasek przy masce, jak zacisk zrobił pierdut. Mimo różnych czarów marów nie dało się nic wysztukować, a zapasowej maski na łódce nie mieliśmy.
Towarzystwo poszło na nurkowanie, a ja popłynąłem z powrotem, aby maskę wymienić. Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Po powrocie postanowiłem sam zejść pod wodę i spotkać się z towarzystwem na ścianie. Sru, fru i byłem w wodzie. Aby było weselej, zawiesił mi się zawór w mojej BC. I dupa z króla i z nurkowania. Nie pozostało mi nic innego jak wrzucić kamizelkę z butlą do łódki i popatrzeć co dzieje się pod wodą z małego zanurzenia. Moje Holendry wypłynęły radosne jak skowronki po nurkowaniu. Zapakowaliśmy się na łódkę i wróciliśmy na miejsce. Mnie troche ochota na nurkowanie przeszła. Tymbardziej, że z czasem zrobiło się krucho jeśli chciałem dzisiaj wrócić do Panama City.

Po krótkiej wojennej naradzie decydujemy, że ja tylko popłynę z master na dwa nurkowania, a Holendrzy dokończą swoje nurkowanie jutro. W końcu końców zanurkowałem dwukrotnie. Pierwsze na ścianie było typicznym nurkowaniem karaibskim. Spotkałem kilka nowych stworków.Można powiedzieć, że było w miarę interesujące i urozmaicone. Na drugie nurkowanie zeszliśmy po kwadransie odpoczynku. Tym razem była to kompletna tragedia. Pełna nuda. Trochę korali kielichowych, jakaś zmizerowana ośmiorniczka. Jedynie, jeżeli można to uznać za urozmaicenie, to dwumetrowy 'sand shark'. Trochę się więc z nim z nudów pobawiłem klepiąc go nawet po ryju i grzbiecie. 'Poganialiśmy się' dookoła płaskiego trzymetrowego kamienia, pod którym leniwie spoczywał.
Jest to najbrzydszy z rekinów jakie miałem przyjemność spotkać. I tak z lekkim niedosytem zakończyłem nurkowanie.

Po powrocie do Bocas miałem godzinę czasu na spakowanie i jakiś posiłek. Już o piątej płynąłem szybką motorówką do Almirante, aby dotrzeć na przystanek autobusowy. Jak już wspomniałem wcześniej, to nie był mój dzień. Czekając na atobus zorientowałem się, że na przystani w Bastimentos zostawiłem swoją ładowarkę wraz z baterią do aparatu fotograficznego. Nic wielkiego, ale ..................
W końcu nadjechał autobus. Bileter od razu rozpoznał mnie i zamutował, czy mam ciepłe ciuchy na drogę. Punktualnie o siódmej wieczorem wyruszyliśmy w kierunku Panama City.

Poprzednia < ••• > Następna