Home
Version franćaiseEnglish versionVersión espa–ol
Strona 13 WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZE#379;ONE © GLOBAL VOYAGER

www.glvoyager.com
Strona [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ] [ 7 ] [ 8 ] [ 9 ] [ 10 ] [ 11 ] [ 12 ]
[ 13 ] [ 14 ] [ 15 ] [ 16 ] [ 17 ]

Zobacz Projekt Galerii
DODEK


YACA SACA MACA ............... zamienił stryjek siekierkę na kijek.

METETI 25 kwiecień 2008

Z dosyć glębokiego snu wyrwało mnie pukanie do drzwi. Upewniłem się która to godzina. Było wpół do czwartej. Czyli firma bidna, ale solidna. Tym razem nie musiałem robić żadnego kubełkowania. Prysznic spełniał prawie normy ISO 9001. W ramach rozsądku i oszczędności był jeden kurek. Bo i na co komu ciepła woda w tropiku. Po piętnastu minutach stałem w całym oporządzeniu w drzwiach gotowy na opuszczenie motelu. W tym momencie troche mnie cafło. Na zewnątrz było kompletnie ciemno. Ani żywej duszy w okolicy. Do przystanku autobusowego na krzyżówce miałem około 60-ciu metrów. W zasadzie to nie było powodu, aby ktoś miał do mnie strzelać. Więc ruszyłem.
Po dotarciu na przystanek, tak ułożyłem moje bambetle, aby nie były za bardzo widoczne. Sam usiadłem w cieniu lampy pod wiatą autobusową. Muszę przyznać, że nie czułem się specjalnie komfortowo. Dookoła panowała kompletna cisza, no i oczywizda ćmok.

W pewnym momencie po drugiej stronie placu zamajaczyła jakaś sylwetka ludzka. Aby nie być zaskoczeniem dla przybysza podniosłem się dając tym samym znać o sobie. Sylwetka tak jak się nagle pokazała, tak też i nagle gdzieś znikła. Na pewno to nie była fatamorgana. Zacząlem się rozglądać na wszelki wypadek za jakimś pniockiem. Wiadomo w nocy wszystkie koty są czarne.

Nagle nocną ciszę przerwał hałas nadjeżdżającego autobusu. Podjechał z fasonem pod przystanek i zabrał jedynego ochotnika podroży do Panama City. Kierowca nie za bardzo lubił puste przebiegi. Zawrócił w stronę Kimball i zacząl zbierać ludzi. Już po chwili w autobusie było kilka osób i jechaliśmy w kierunku stolicy. Nie był to autobus dalekobieżny. Czyli zatrzymywał się wtedy gdy ktoś przy drodze machnął ręką. Czy też jak ktoś chciał wysiąść. Normalka. I w takim szarpanym rytmie posuwaliśmy się do przodu. Tym razem nie byłem nękany co chwila przez policję. Tylko jeden raz sprawdzali moje dokumenty i bez żadnych dodatkowych pytań przepuścili. Po jakiejś godzinie jazdy zaczęło widnieć i mogłem podziwiać widoki.

Każdy dzień w mojej podroży ma to do siebie, że dostarcza wiele niespodzianek. Czyli jaja w dość sporym wymiarze. Także wieczorem czuję się z regóły jak makaron stujajeczny. Trudno mi o wszystkim pisać, bo chyba bym nigdy tego nie skończył.

W końcu dotarliśmy na perypetie Panama City. W autobusie poza mną były jeszcze dwie osoby. Kierowca stwierdził, że mu dalsza jazda się nie opłaca. Osadził w miejscu swojego mustanga. Zatrzymał nadjeżdżającą taksówkę, do której nas przelokował. I kazał nas zawieść na dworzec autobusowy na swój koszt.
Nawet taki płaski dzień, a nie może się odbyć bez jajec.

Dworzec autobusowy jest bardzo nowoczesny i rozległy. Mieści się przy równie dużym i rozległym Albrook Mall. W sumie znalazłem się na dworcu kwadrans po dziewiątej. No i co dalej robić z tak rozpoczętym dniem. Udałem się do poczekalni i starałem się coś wyczytać w moim przewodniku. Interesujących rzeczy Panama ma do zaoferowania mnóstwo. Ciężko się było zdecydować jak spędzić kilka ostatnich dni. Będąc w lekkiej rozterce postanowiłem zanieść plecak do przechowalni. Co pozwoli na swobodniejsze przemieszczanie i działanie.
Hol dworcowy ma ponad dwieście metrów długości. W jednej jego cześci ciągnie się rząd kas. Aby było ciekawiej, to każda kasa sprzedaje bilety tylko na jedną wyznaczoną trasę. Więc przemaszerowałem przed kasami czytając miejsca docelowe.

W zasadzie byłem zdecydowany na spędzenie reszty czasu gdzieś nad morzem. Więc w rachubę wchodziło David z opcją Pacyfiku, lub Bocas del Toro po stronie Karaibów. David i okolice wyglądało bardziej atrakcyjnie, ale wymagało to więcej przemieszczania się. Zdecydowałem się więc na opcję bardziej leniwą, czyli Bocas. Autobus miałem o ósmej wieczorem i na miejscu miałem być o świcie. Miało to nawet trochę sensu. Pozostało zagospodarowanie czasu na miejscu. Z tym nie było problemu. Głównym celem wyznaczonym na dzisiaj było odwiedzenie i zobaczenie Panama Viejo, czyli ruin starego Panama City. A z resztą czasu co zostanie, to luz holenderski blues. Z powrotem zameldowałem się na dworcu koło siódmej. O ósmej, ku memu zdziwieniu siedziałem w nowoczesnym autobusie firmy Mercedes Benz. Przyzwyczajony, że w tutejszych autobusach panuje gorąc miałem na sobie szorty i jakąś lekką koszulkę. I tu się zaczęły schody. Okazalo się, że w autobusie działa bardzo wydajnie klimatyzacja i żeby było ciekawiej, to nie ma możliwości jej regulacji. Dla lokali nie było to zaskoczeniem. Byli przygotowani. Powyciągali jakieś swetry i koce, w które się opatulili. A ja .............. robiłem za osikę. Dopiero po czterech godzinach jazdy w Santiago udało mi się dostać do mojego plecaka. Wyciągnąłem więc jakieś rzeczy do ubrania. Pozwoliło mi to na w miarę komfortowe kontunuowanie podróży. Nawet udało mi się zamknąć ślipia i usnać.

Poprzednia < ••• > Następna