![]() |
|
![]() |
|
| WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZE#379;ONE © GLOBAL VOYAGER |
|
![]() www.glvoyager.com |
Strona
[ 1 ]
[ 2 ]
[ 3 ]
[ 4 ]
[ 5 ]
[ 6 ]
[ 7 ]
[ 8 ]
[ 9 ]
[ 10 ]
[ 11 ]
[ 12 ] Zobacz Projekt Galerii YACA SACA MACA ............... zamienił stryjek siekierkę na kijek. |
|||
Obudzony porannym pianiem kogutów zwlokłem się, aby przydawkować sobie kilka wiader wody. Niedogodność miałem tylko w tym, że moj prysznic mieścił się na parterze i musiałem zejść na dół. Jak polewałem się wodą, to automatycznie spłukiwałem jakieś karaluchy ze ścian i spoza beczki. Wypłoszone bidoki, albo skakały na mnie lub w popłochu przebiegały po moich nogach. Jak człowiek jest zaspany, to nawet nie ma ochoty zwracać uwagi na takie drobiazgi. Mydląc się, czasami rozcierałem jakiegoś nieszczęśnika na ciele. Najgorzej jest z dużymi ćmami, bo wtedy ręka się ślizga po pokrytych meszkiem skrzydłach. W takich porankach jak ten specjalnie nie gustuję. Czeka mnie spakowanie maneli. Czego nie cierpię. Tymbardziej, że prawie wszystko wygruziłem na łóżka. Ubrania były przesiąknięte wilgocią dżungli i trzeba było je trochę podsuszyć. Nie przejmując się bajzlem udałem się do 'Mamy' na śniadanie. Po śniadaniu już w lepszym humorze wziąłem się do pakowania. Niby nic, ale wymaga to trochę koncentracji. Dobrze jest wiedzieć z grubsza, gdzie co się znajduje w plecaku. Unika się w ten sposób wybebeszania maneli jak czegoś się potrzebuje. A poza tym, kolejność ułorzenia rzeczy też jest istotna. Chociażby na dzisiaj mój kondon nieprzemakalny i worki na śmiecie musiałem mieć na wierzchu. Na wypadek jakby zaczęło padać. Na łódce nie ma się gdzie skryć. A deszcz w tych rejonach nadchodzi szybko i niespodziewanie. Po uporaniu się z manelami. Wyruszyłem w kierunku 'portu'. Po drodze nabyłem galonik wody, aby było czym wilgocić struny. Nad rzeką nic specjalnie się nie działo. Na jakiejs lódce ustawiali fotele ogrodowe. Widocznie jakieś vipy rządowe gdzieś się udawały. Z boku jakiś facio spisywał imiona i nazwiska od ludzi na kartkę. Była to jedyna dzialalność na brzegu. Z gruchy ni pietruchy zapytałem się w jakim kierunku płyną. Okazało się, że płyną w górę rzeki do Union Choco i jest to jakieś 2.5 godziny stąd. Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie. Na pytanie czy mogę z nimi płynąć. Padło pytanie do mnie, czy to ja jestem polakiem co był kilka dni temu w Rancho Frio. Teraz to już była formalność. Upewnili się jeszcze, czy mam paszport przy sobie. I w tri miga byłem zamustrowany na łódce wraz z kilku oficielami siedzącymi na fotelach. Jak się okazało, była to krypa ANAM-u i płynęli pokazać jakimś urzędasom coś tam. Zaplanowane miałem napicie się piwa, ale nie miałem na to wystarczająco czasu. No i jak ja mogę coś planować. Bezsensu. W niecałe pięć minut od przybycia nad Rio Tuira, siedziałem na łączniku wregu i płynąłem w górę rzeki. Rio Turia z czasem stawała się coraz węższa. Z wody wystawało coraz więcej drzew. Nawigacja po takiej rzece nie należała do łatwych. Po 45-ciu minutach przepłyneliśmy koło Pinogana. Policjanci widocznie byli za leniwi, aby nas haltować. Wyglądało na to, że w zasadzie nie powinno być problemów z penetrowaniem tego odcinka Darien Gap. Moim zamiarem było dopłynięcie do Boca de Cupe. A stamtąd doliną Cane dojść do miejsca o tej samej nazwie, gdzie znajdują się pozostałości po najdalej wysuniętej na południowy - wschód byłej hiszpańskiej kopalni złota w Panamie. Oczywizda to były tylko zamierzenia. Z Boca de Coupe jest ponad trzydzieści kilometrów do Cane. Aby to zrobić musiałbym znaleźć jakiegoś przewodnika, który by mnie poprowadził przez dżunglę.
Ale to jeszcze daleka droga do Rio .......... Na razie płynę wijącą się Rio Turia i podziwiam wsio. Po prawie dwóch godzinach płynięcia zbliżamy się do Vista Alegre.
Łódka bez żadnych zaproszeń dobija do brzegu. Nasz sternik informuje mnie, abym udał się z nim do umiejscowionego na wysokim brzegu posterunku policji.
U niego sprawa prosta. Daje swoją listę i jest wolny. Wow. U mnie tak prosto nie przechodzi. Krótkie interwiu. Następnie jakieś telefony i rozmowy z niewiadomo kim.
A czas ucieka. W końcu widzę jak moje bambetle zostały wystawione na brzeg i łódka odpłynęła. Nagle od jednego z budynków odrywa się jakaś umundurowana postać. Rozpaczliwie machając rękoma, nakazuje nam dobić do brzegu. I w tym momencie zaczyna sie koryda. Nie bede wpadal w szczegóły, bo byłoby to nudne i długie. Krótko, mam się zbierać i wracać. Tak zarządził miejscowy kapral, co jest Panem i Bogiem na tutejszych włościach. Różne próby ułagodzenia go nie przyniosły porządanych efektów. Nawet mi nie dał szansy na przenocowanie. Zaczął bredzić, że z tak drogim aparatem fotograficznym to mnie zaraz napadną i obrabują. Powiedziałem mu, że dla swego bezpieczeństwa zostawię dla niego i podaruje ten drogocenny aparat. Nie chciał łyknąć żadnej przynęty. Przykazane mi było powrócić do El Real razem z grupą rządową. Łódką ANAM-u. Zakończyliśmy nasze negocjacje wypiciem nektaru gruszkowego, jako symbolicznej fajki pokoju. Może i dobrze, że tak się stało. Mam poza sobą przemaszerowane kolo 150 kilometrów w ciągu ostatnich szesnastu dni. I trochę czuje to w nogach. Po pół godzinie siedziałem w łódce i płynąłem w kierunku El Real. Na miejscu byliśmy koło południa. W tym momencie wiedziałem, że moja przygoda w Darien Gap dobiega końca. Nic innego nie pozostało mi do działania, jak dotarcie do Yavizy. Przenocowanie i stamtąd wyruszyć autobusem do Panama City o ósmej rano. Jakoś ciężko było mi się wywiedzieć, gdzie dalej płyną moje Vipy po dotarciu do El Real. Otrzymywałem odpowiedzi wymijające. Za chwilę się zorientowałem, że postępuje jak pełen prostak. Zaskoczyłem i posznurowałem na brzeg znaleść mojego sternika. Szybka wymiana słów. Kilka szekli ląduje u jego pomocnika w łapie. Jako osobie państwowej nie przystoi mu brać żadnych gratyfikacji bezpośrednio. Samo życie, skąd my to znamy ........... panie kierowniku. I już wiem, że za piątnaście minut popłyniemy drugą motorówką do Yavizy. W tym biegu wydarzeń znajduje się o pierwszej po południu w tak odradzanej przez wszystkie przewodniki turystyczne YAVIZIE. Chwila zadumy i szybka decyzja o przemieszczaniu się w kierunku stolicy. Jedyne co mnie trochę zatrzymywało na miejscu, to wizja spędzenia wieczoru w tutejszej tawernie. Mogło by być zabawowo. Może bym miał okazję na wyładowanie frustracji z powodu nie dotarcia do Boca de Cupe. Ale lepiej nie kusic licha ........... jak śpi. ładuje moje graty na dach minibusa, a sam zasiadam przy kierowcy. Po dwóch godzinach jazdy jesteńmy na znanej mi krzyżówce w Meteti. Niestety, żaden autobus już nie jedzie dzisiaj do Panama City. Pierwszy autobus jadący w tym kierunku będzie o czwartej rano. Czyli nic nie pozostało jak przenocować. Wzmacniam się jakęś chińską zupą i avocado w pobliskiej restauracji. Po drugiej stronie ulicy znajduje motel, który pozwoli mi na przetrwanie do rana. Jakiś mały spacer wzdłuż drogi. Zakup soku z Toronja dla udobruchania organizmu. I powrót do motelu. Proszę portiera, aby mnie obudził o wpół do czwartej. Zalegam i staram się wymysleć co dalej. Pozostał mi jeszcze tydzień. Moją zadumę przerywa seria z broni maszynowej. Podnoszę zwłoki i na wszelki wypadek gasze światło w pokoju. Wymiana ognia trwa dobre dziesięć minut. Kończy się tak samo nagle, jak się nagle zaczęła. Nie zmieniając pozycji zapadam w kimę.
Poprzednia
< ••• > Następna
| ||||