Home
Version franćaiseEnglish versionVersión espa–ol
Strona 11 WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZE#379;ONE © GLOBAL VOYAGER

www.glvoyager.com
Strona [ 1 ] [ 2 ] [ 3 ] [ 4 ] [ 5 ] [ 6 ] [ 7 ] [ 8 ] [ 9 ] [ 10 ] [ 11 ] [ 12 ]
[ 13 ] [ 14 ] [ 15 ] [ 16 ] [ 17 ]

Zobacz Projekt Galerii
DODEK


YACA SACA MACA ............... zamienił stryjek siekierkę na kijek.

RANCHO FRIO 21 kwiecień 2008

Dzień niepodobny do dnia ...................... i marzeniom mym nada ksztalt. Tak wymądrzał się Piotr Szczepanik wieki temu i chyba miał rację. Dzień rozpocząłem od prysznica. Czyli kilku kubłów wody wylanych na głowę. Następnie śniadanko. Pyszna rybka z sosem 'picante' podparta browarkiem. Do tego sałatka cebulowo - czosnkowa w sosie picante. I już świat nabiera innych kolorów. Decyduję się na pozostanie jeden dzień na miejscu. Pozwoli mi to odetchnąć po wyprawie do Rancho Frio i przy okazji spróbowania uzykania opinii lekarskiej na temat pokąsania. W szpitalu zostaję poddany regularnej procedurze administracyjnej. Po spisaniu wszelkich danych i zarejstrowaniu zostaję odesłany do kolejki czekającej na przyjęcie przez lekarza. Pogoda bardzo ładna. Trochę ludzi siedzących na ławce. Okazuje się, że mam około godziny czekania. W takiej sytuacji zwijam się i idę pochodzić po City.

Od razu trafiam na coś niezwykłego. Dwóch facetów trzyma w ręku jakieś podskubane koguty i wyprawiają z nimi czary mary. Jeden puszcza koguta między rozstawionymi swoimi nogami zmuszając go do kręcenia ósemek. Następnie siada przy płachcie gąbki o grubości około dziesięciu centymetrów. Podrzuca go w rożnych konfiguracjach do góry i ten podobnie jak kot musi spaść nie na cztery łapy, ale na dwie kończyny. Drugi trzyma swojego koguta za ogon i karze mu przebierać w miejscu łapami na ebonitowej płycie. Stoję i wytrzeszczam gały. Co jest grane. Wkrótce sprawa się wyjaśnia. Jestem świadkiem przygotowywania kogutów do niedzielnych walk. Krocząc dalej spotykam jeszcze kilka takich obozów treningowych. Szkoda, że do niedzieli jest jeszcze kilka dni. Mamy dopiero środę. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy do tego czasu.

Po drodze wdepnąłem do spożywczego i zaspokiłem pragnienie tutejszą Fantą. Na ulicy za całe 25 centów zakupiłem trzy ogórki. Towar raczej reglamentowany w tych okolicach. Kieruję się w stronę szpitala. Jak tylko dotarłem to zobaczyłem, że machają rękoma i wskazują, abym się udał do jakiegoś gabinetu. Tam już czeka na mnie moja teczka z jakimiś papiurami w środku i dwie kobity. Każą mi zdjać spodnie. Nie powiem, zaczyna być ciekawie. Niestety każą mnie wejść na wagę i na tym się kończy. Spoglądając na nogi wymawiają sakralne słowo "Chitra". O wzrost się tylko pytają, bo ich miarka jest do 175cm.

Po uzupełnieniu danych wysyłają do lekarza. Przyjmuje mnie u siebie w gabinecie uśmiechnięty człowiek przypominający doktora Dolittle z książek Hugh'a Lofting. Przeprowadza kompleksowe badanie. Ciśnienie. Badanie dna oka, uszy, gardło. Wow. Wygląda tak, jakbym nie miał za długo pociagnąć. Ogląda moje uszkodzenia i znów słyszę "Chitra". Skoro już conajmniej dziesięć razy byłem diagnozowany i opinia była taka sama no to nie mogło być nic innego jak tylko "CHITRA". Wypisał jakąś receptę i poinstruował, że maściami mam smarować pokąsane miejsca. A pastylki daje profilaktycznie i mam łykać je co wieczór. Tak toczno towariszcz jenerał wypowiedziałem płynnie w narzeczu kastyliano i opuściłem gabinet. Nie doszedłem do końca korytarza jak mnie zawrócono. Miła niespodzianka. Papiórek wymieniono na dwie tubki z maścią i małą paletkę z jakimiś dziesięcioma tabletkami. Z rozszyfrowaniem jednej tubki nie miałem problemu. Było napisane, Cortisone. Od razu wiedziałem, że tej tuby nie będę używał. Skoncentrowałem się na drugiej tubce, której zawartością posmarowałem swoje urazy. Już wyleczony poszedłem w kierunku 'portu' nad Rio Tuira, aby obadać jak popłynąć w góre rzeki do Boca de Coupe. Sytuacja wyglądała obiecująco. Wiele łódek w ciągu dnia udaje sie w tamtym kierunku. Uspokojony i uświadomiony zasiadłem w pobliskim 'bistro' racząc się chłodnym Atlasem. Znalazłem już sobie zajęcie na następny dzień. Pozostało do zagospodarowania popołudnie.

El Real w zasadzie jest położony jakiś kilometr od Rio Tuira. Mam na myśli downtown. Wciśnięty jest nad urokliwą Rio Pirre, ktora wyznacza jego obrzeże i znajduje ujście do Rio Tuira. Sprawa zaczęła wyglądać prosta jak gwizdek. Trzeba znaleźć łódkę i popłynąć w górę Rio Pirre. Wzmocniłem się jeszcze jednym Atlasem. Będąc kilka dni w Rancho Frio nie miałem okazji na podawie fermentów chmielowych do organizmu. Należało więc uzupełnić. Płacąc zauważyłem z tyłu pomieszczenia dorodne ananasy. Zapytałem się czy mogę jednego nabyć. Kobita z uśmiechem na twarzy poczłapała w kierunku kartonu. Wyjęła po kolei kilka obwachując każdego. W końcu wróciła z wywąchanym ananasem i podarowała mi. Rzeczywiście pachniał wspaniale, jak .......

Tym sposobem stałem się posiadaczem trzech ogorków i ananasa. Poczłapałem się do miasta z nadzieją znalezienia łódki. Ten pomysł płynięcia Rio Pirre nie pociągał mnie. Co będę tu robił jak przyjadę w następnym roku. Nie wypada tak wszystko od razu połykać. Tak rozgrzeszony wytraciłem resztę dnia klucząc po mieście i rozmawiając z ludźmi. Nawet uciąlem pogawędkę z tutejszym proboszczem. Na koniec dnia zasiadłem na hotelowym tarasie i delektując się wspaniałym ananasem kontrolowałem ruch chodnikowy. Chyba po siódmej, ku memu zdumieniu zauważyłem dwuosobowy patrol policyjny. Chłopcy odziani w kevlar od szyi do kolan kroczyli chodnikiem, trzymając w ręku odbezpieczone kalachy. Trochę to było dziwne dla mnie. Po pierwsze policja tutaj raczej siedzi całymi dniami, na dosyć dużych z lekka ufortyfikowanych posterunkach. A po drugie będąc te kilka dni w dżungli zapomniałem o jej istnieniu. Dzień zakończyłem rutynowo kilkoma wiadrami wody i polerowaniem kastanietow. Napakowany ananasem i dwoma ogórkami nie czułem potrzeby udawania się na kolację, tylko w kierunku wyrka.

Poprzednia < ••• > Następna