![]() |
|
![]() |
|
| WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZE#379;ONE © GLOBAL VOYAGER |
|
![]() www.glvoyager.com |
Strona
[ 1 ]
[ 2 ]
[ 3 ]
[ 4 ]
[ 5 ]
[ 6 ]
[ 7 ]
[ 8 ]
[ 9 ]
[ 10 ]
[ 11 ]
[ 12 ] Zobacz Projekt Galerii YACA SACA MACA ............... zamienił stryjek siekierkę na kijek. |
|||
Szabu dabu dab ............... FARA MARA. Dzień rozpocząłem w nie za bardzo radosnym nastroju. Jak się postawiłem do pionu to oczom ukazał się żałosny widok moich łydek. Obie nogi od kostek do kolan miałem czerwone jak tyłek u pawiana i pokryte setkami purchli. Coś mnie dopadło i porąbało równo. Reszta ciała również dostała trochę. Wyszedłem na zewnątrz, aby lepiej przyjrzeć się spustoszeniu wyrządzonemu moim łydkom. Lokale spokojnie stwierdzili 'Chitra'. I powiedzieli, że to takie małe królestwo. Trzy razy mniejsze od komara, a rąbie znacznie wydajniej. Wczoraj akurat rozmawiałem na ten temat z 'Plantatorem'. Powiedział, że nieprzyjemnym jest załapać 'leishmaniasis'. Robią się po prostu na ciele niegojące rany. Jedyną formą leczenia jest szpikowanie się jakimś cieżkim metalem, najprawdopodobniej molibdenem. Jedynie co mogłem zrobić, to próbować otworzyć purchle i je dezynfekować. Ale wygląda to na syzyfową pracę. Jodynę miałem prawie na końcówce. Jedynie pół buteleczki alkoholu mogło mi się przysłużyć. Wyciskanie na obolałej i w stanie zapalnym skórze miało charakter wysoce masochistyczny. Po kwadransie zrezygnowałem z wyciskania i tylko przemyłem mocno alkoholem zaognioną skórę. Tak jakbym wykrakał. Mówiąc wczoraj o tej chorobie. No nic, trafili Kościuszkę. Nie pozostało nic innego, jak czekać i obserwować co będzie się działo. Dzisiaj jest nasz ostatni dzień pobytu. Henremu powiedziałem, że będziemy się ruszali koło południa. Tym razem nie poszedłem do rzeki na kąpiel.
Delikatne pluskanie pod kranem. Polerowanie kastanietów i wsio. Wytaskałem swój hamak i zaległem zastanawiając się co robić z tak 'pięknie' rozpoczętym dniem. Pogoda dalej dopisywała. Było Bosko. Wróciłem na wczorajszy wieczorny szlak. Był rzeczywiście za.....bisty. Dotarłem do rzeki, ale nie mogłem znaleźć żadnej scieżyny prowadzącej w góre nurtu. Nie pozostało nic innego jak posznurować korytem. Nawet przez jakiś czas udawało mi się skacząc po kamieniach nie zamoczyć moich butów. Ale przyszedł na to czas, przyszedł czas na ........... że musiałem brnąć wodą, przeskakiwać przez powalone drzewa. Znowu skakać po kamieniach. W końcu dotarłem do wodospadu. Trudno to było nazwać wodospadem. Lekko pochylony, prawie pionowy trzy metrowy próg skalny, po którym spływała urokliwie woda. Dostanie się wyżej w moim stanie było raczej niemożliwe. Także nawet się nie przymierzałem. Moje pokąsania nie za dobrze reagowły na wodę. Usiadłem więc spokojnie na tym na czym miałem usiąść i zacząłem się upajać. Zrobiłem też kilka zdjęć i bez problemów wróciłem do obozu. Zakomunikowałem Henremu, że wyjdziemy poźniej. Jemu też to odpowiadało. Poczem zaległem na hamaku w oczekiwaniu na jakiś obiad. Po posilku poczłapałem się na małą plantację oddaloną dwieście metrów od obozu. A tu czysta radocha. Na ziemi leżało mnóstwo owoców zapato. Te cztero Đ pieciocentymetrowe owalne owoce podobne są w smaku do mango, ale bardziej aromatyczne. Po prostu niebo w gebie. Pośrodku rosło wielkie drzewo avocado z niedojrzałymi owocami. Z boku rosąo kilkanaście platanowców. A na końcu polany drzewo cytrusowe z mnóstwem owoców. Wróciłem do obozu z całym naręczem avocado i cytrusów. Cytrusy zużyłem wyciskając sok do wcześniej przygotowanej jodynowy. Wyszedł z tego wspaniały napój. Z wielką niechęcią wziąłem się za spakowanie gratów. Kilka zdjęć pamiątkowych i komu w droge ÉÉÉ W drodze powrotnej, przez pierwsze kilometry nic się specjalnie nie działo. Szliśmy raczej jak w kondukcie pogrzebowym. Czuć było, że wszystkim było dobrze na Rancho. W pewnym momencie Henry wypatrzył Tamarynki. Te śliczne małpki skakały nie wysoko nad nami. Starałem się im zrobić zdjęcie. Problem był tylko jeden, że nie mogłem ich ujrzeć w wizjerze wśrod liści. Wobec czego strzeliłem kilka zdjęć w ciemno. Aby było śmiesznie to największym niebezpieczeństwem dla tych małych stworzonek jest ....... człowiek. Nie są one bardzo płochliwe i urzędują zaledwie koło dziesięciu metrów nad ziemią. Za kilkadziesiąt metrów napatoczył się piękny póltorametrowy zielony 'Parrot snake'. Był w trakcie połykania jakiejś zdobyczy. Także bez problemu podniosłem go za ogon do fotografii. Za następne kilkadziesiąt metrów sunął prawie dwumetrowy 'Striped tiger snake'. Od głowy żółty w centki. A na końcu ciemnobrązowy. Niestety dopadłem go za poźno. Ryja już wsadził w korzenie jak go złapałem za ogon. Nie chciałem go na siłę wyciągać, bo mógłbym uszkodzić. Zaczął się ruch w interesie. O ptakach nie wspominam, bo te nam towarzyszyły przez całą drogę. Po drodze były jeszcze rożne pyszne owoce. Między innymi kakao. Nie wiem dlaczego, ale jak je zrywali i obierali, to przy użyciu liści. Wygląda tak, jakby te owoce z zewnątrz były toksyczne. W końcu dotarliśmy do chatki, gdzie zostawiliśmy moje klamoty. Henry zostawił tu swój plecak. Miał go załadowany specjalnymi lianami do wiązania konstrukcji, które naciął po drodze. Ja zabrałem moje toboły. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się w prawdziwym 'SALOON' na piwo. Siedziało przy jedynym stole kilku tutejszych kowboi. Popijali browary na rumowym dopalaczu. Ale nie w tym rzecz. Takiej tawerny nie uświadczy się na żadnym westernie. Konie przyczepione do płotu. Nowi klienci wjeżdzali na podwórko przed karczmą w pełnym galopie. Tak jak oni jeżdza na koniach, to trudno uwierzyć. Facio w pełnym galopie siedzi spokojniej niż ja na krześle za biurkiem. Następnym etapem był półgodzinny przemarsz do hotelu, gdzie zostawiłem graty. Zrobiło się koło szóstej, także w niespełna cztery godziny dotarliśmy z Rancho Frio do El Real. Pozostało mi jeszcze załatwienie formalności w biurze ANAM-u i odmeldowanie się na policji. Co niezwłocznie odfajkowałem. Po tym wszystkim udaliśmy się na zasłużoną kolację zroszoną piwem. Do towarzystwa mielismy jeszcze córkę Henrego. Przy okazji rozliczyliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę. Ja wylałem sobie kilka wiader na głowę. Przetarłem zaczerwienione łydki alkoholem i skierowałem się w stronę wyrka. Tym razem będąc trochę mądrzejszy spryskałem łóżko repelentem. Patent jak się okazało rano pracował wyśmienicie. Nie robiłem żadnych planów na dzień następny. Rano się zastanawię.
Poprzednia
< ••• > Następna
| ||||